każdy kij ma dwa końce, ale proca ma trzy...
poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Byliście już na najnowszym filmie Allena? Nie. To macie jeszcze czas aby się zastanowić czy na pewno chcecie, ja już nie mogę bo byłam. Zdaje sobie sprawę z tego że na filmy Allena spora cześć widzów chodzi bo to Allen i krytykować „mistrza” nie wypada. Serio?  Zawsze mnie dziwi takie podejście bo moim zdaniem skrytykować można wszystko jeśli jest kiepskie a ten film jest.

Każda kolejna historia jaką firmuje swoim nazwiskiem jest coraz bardziej pokręcona, pewnie jak sam Allen, i tym razem popłyną, mocno popłyną. Siedząc na sali kinowej zastanawiałam się jak bardzo można zapętlić jakąś historię a mimo to pozostawić ją czytelną w odbiorze, no wychodzi na to, że bardzo ale Allenowi tym razem się nie udało. 

Wyszłam z kina z poczuciem straty czasu i wewnętrznym postanowieniem, że kolejny film Allena zobaczę jak przeczytam co najmniej kilka dobrych recenzji i ktoś z moich sprawdzonych znajomych go pochwali, bo ten, przyznam szczerze pobiegłam zobaczyć po przeczytaniu artykułu w Newsweeku którego bohaterem był Joaquin Phoenix i jego rola w Nieracjonalnym mężczyźnie określana mianem wspaniałej, unikatowej wprost doskonałej. No sami powiedzcie jak po przeczytaniu tego nie mogła, pomyśleć, że film będzie fantastyczny? Mogłam i pomyślałam i srodze się zawiodłam, film jest miałki i traktujący o niczym, no chyba ze depresja leczona morderstwem i „letnia miłosna przygoda” w wykonaniu infantylnej studentki i wiecznie pijanego profesora a to wszystko na przemian z górnolotnymi dyskusjami o filozofii to jest to co sprawi wam radość, mi nie sprawiło.

A rola Phoenixa, hmm no zapewne wspaniała nikt tak dobrze jak on nie gra kolesi którym wszystko zwisa i na których jeden pan Bóg raczy wiedzieć czemu lecą wszystkie laski w okolicy, wiec jeśli „kochacie” go jako aktora to, to może być jedyny powód żeby ten film zobaczyć ale uprzedzam od czasów wymuskanego Kommodusa w „Gladiatorze” czy „Spaceru po linie” minęło sporo lat i to widać nawet bez charakteryzacji.

niedziela, 02 sierpnia 2015

Czasem chciałabym zobaczyć coś z gatunku lekkie i bez myślenia, wiec pomyślałam ze „Dziewczyna warta grzechu ” spełni moje oczekiwania jako film lekki łatwy i przyjemny w odbiorze, taki typowo letni wytwór kinematografii.

Niestety nawet od takich filmów oczekuje ze przyniosą w sobie lekki powiew świeżości jakaś myśl warta zapamiętania, a nie że będą kolejnym filmem po którym nie zostanie mi w pamięci ani jedno wspomnienie. No dobrze może przesadzam i zostanie mi wspomnienie Jennifer Aniston jako zwariowanej pani psycholog, słabo radzącej sobie z własnym życiem ale święcie przekonanej że wie wszystko najlepiej. W zasadzie będzie to jedyne wspomnienie z tego filmu bo cała reszta jest czymś co już gdzieś wcześniej widziałam i mnie nie zachwyciło.

No przykro mi a właściwie to było mi przykro podczas oglądania, ale ta historia zupełnie do mnie nie trafiła, za dużo tu prób bycia zabawnym, za dużo sytuacji które budzą raczej politowanie niż śmiech, niestety jestem rozczarowana. Rozumiem, że temat przewodni jak z prostytutki (muzy) - czyli bycia kims kim jestem ale mi sie to nie podoba - zostałam znaną aktorką jest bliski wielu kobietom w marzeniach, i wiele z nich oddało by wszystko aby zyskać status gwiazdy, ja jednak nie znajduje w tym wielu rzeczy, które warte były by uwagi.

Czy wiec dziewczyna jest grzechu warta, być może, nie jest natomiast warta 30 zł wydanych na bilet do kina, sorry…

niedziela, 19 lipca 2015

Kiedy jest się „matką” Harrego Pottera zapewne dość trudno zadebiutować w roli autora kryminałów, wszyscy kojarzą cię z książkami dla dzieci a ty kobieto chcesz kryminały pisać? Jak nic taki lub podobny tekst musiała usłyszeć J.K. Rowling bo kryminały wydaje nie dość, że pod pseudonimem to w dodatku męskim czyli jako Robert Galbraith.

wolaniekukulkiuiext24204120Jej debiutancka w tym gatunku powieść „Wołanie kukułki” to coś co zapewni wam bezsenną noc bo nie będziecie w stanie zostawić akcji w toku i pójść spać, chyba, że jak ja będziecie tak zmęczeni, że po przeczytaniu kilku stron zaśniecie z nosem w książce.

Jako poduszka sprawdza się jednak raczej słabo.

Ale jako powieść czyta się ją jednym tchem, fabuła wciąga właściwie od pierwszej strony i nie pozwala nam na błądzenie, mamy iść ścieżką która autor dla nas przewidział, razem z głównym bohaterem wędrujemy więc po Londynie szukając czegoś co pominęła policja uznając śmierć supermodelki Luli za samobójstwo. A detektyw równie barwny ja ofiara okazuje się być weteranem wojennym, który zostawił w Afganistanie kawałek siebie, dosłownie kawałek, a teraz całe jego życie znowu runęło w przepaść i tylko ta sprawa może pomóc mu odbić się od dna.

Londyn widziany jego oczami nie jest taki jaki sprzedają nam reklamy biur podróży a świat w który się wtapia szukając tego czegoś co pomoże mu rozwiązać zagadkę pełen jest niedomówień, wszechobecnych gierek towarzyskich i układów jakie powstały z chwilowej potrzeby lub z czystego wyrachowania.

To książka którą warto przeczytać podczas urlopu, lub zamiast niego nawet jeśli nie należycie do fanów gatunku możecie być mile zaskoczeni, ja byłam.

niedziela, 31 maja 2015

A gdyby tak wszystko zapomnieć, to co złe i to co dobre i zacząć wszystko od nowa, tyle że to „od nowa” trwa wtedy nieustannie, wszystko jest nowe i wszystko jest nieznane, a nawet to co poznane po chwili staje się nowe i nieznane, czy tak czuje się człowiek chory na Alzheimera? W którym momencie choroby traci świadomość tego co utracił, czy wtedy kiedy zapomina fakty ze swojej przeszłości, czy wtedy kiedy zapomina gdzie jest łazienka czy dopiero wtedy kiedy nie poznaje już swoich najbliższych?

Still Alice” to historia właśnie takiego zapominania, obserwujemy jak tytułowa Allice zmienia się z pełnej radość życia wykładowczyni Uniwersytetu Columbii w coraz bardziej zagubioną w codzienność osobę.

Na początku  zauważa u siebie dziwne objawy, zapomina słów, traci orientację a diagnoza wystawia na próbę całą jej rodzinę, Alice choruje na rzadką genetycznie uwarunkowaną odmianę choroby Alzheimera.

Trudno wyobrazić sobie co się czuje kiedy trzeba przekazać najbliższym że ja zakiś czas choroba zmieni nas nieodwracalnie, ale jak powiedzieć dzieciom, że mają 50% szans  na zdrowie, a jak wyobrazić sobie jak zachowa się człowiek, który już wie, że kiedyś będzie mierzył się z tymi samymi problemami co jego matka. Tego ostatniego w sumie nie wiemy, bo choć najstarsza córka odziedziczyła po matce gen i tym samym ma 100% pewności że kiedyś zachoruje, to wątek ten nie został rozwinięty.

Film porusza trudne tematy, bo o tej chorobie niewiele się mówi, zwykle dotyczy osób w podeszłym wieku i ich choroba często jest ukrywana, chorzy trafiają do ośrodków pomocy gdzie egzystują nie pamiętając kim kiedyś byli.

Pamiętam jeszcze jedne film, który poruszał temat choroby, w 2004 r. mogliśmy oglądać „The Notebook” ( w polskiej wersji: Pamiętnik), to historia w której starszy mężczyzna czyta chorej na Alzheimera kobiecie jej własny pamiętnik, w którym opisała historię ich miłości, w tym filmie jednak nie widzimy procesu utraty pamięci, Allie którą poznajemy już ja utraciła a czytanie pamiętnika jest forma terapii, która czasami pomaga jej na kilka minut odzyskać pamięć, w sumie to historia pięknej miłości.

Still Alice to zupełnie inne kino, odarte z romansu, trudne w relacjach, kiedyś kochająca się rodzina z trudem akceptuje powolną „utratę” Alice, a ona sama jest na tyle inteligentna by widzieć jak bardzo się zmienia, do pewnego momentu, potem już nie wiemy czy to cokolwiek dla niej znaczy, czy rozumie co się dzieje.

To zdecydowanie nie jest film na miłe popołudnie, i nie będzie odprężający i wesoły, raczej wymagający i zapadający w pamięć. Bo jak mówi sama Alice „szkoda że nie mam raka, przynajmniej bym się nie wstydziła”, i ma racje o chorych na raka się mówi, organizuje zbiórki,  biegi charytatywne, prowadzi się szeroko zakrojoną politykę działań mających na celu uświadomienie społeczeństwa, o Alzheimerze jest cicho. To choroba, która wyklucza ze społeczeństwa, bp choć chory przynajmniej we wczesnym stadium choroby fizycznie jest w pełni zdrowy, to jego umysł już się wyłączył  z pewnych funkcji a z biegiem czasu wyłączy się z kolejnych i tylko nie wiadomo jak szybko to się stanie.

niedziela, 24 maja 2015

Ponieważ jak uważa kilka znanych mi osób jestem bezproduktywną jednostka społeczeństwa i ukamienowali by mnie chętnie gdyby nie fakt, że podatki jakie płace pozwalają im oddawać się życiu domowemu bo dostają zasiłek, to czytam sporo książek, czyli wg reszty społeczeństwa tracę czas.

Poziom czytelnictwa mamy w kraju tak niski, że kampanie namawiające do czytelnictwa pojawiają się jedna po drugiej, niestety odnoszą marny skutek, znam takich którzy w ciągu roku nie przeczytali nic poza kilkom informacjami w internecie i facbookiem, smutne to bardzo bo przecież w całym zalewie chłamu jaki napada na nas w księgarni są też pozycje dobre, no i zawsze też można wrócić do klasyki i ponownie przeczytać coś co już raz czy dwa czytaliśmy.

Do niektórych tytułów podchodzę jak pies do jeża, trzymam się z daleka, niby chciałabym a jednak się zastanawiam czy warto ryzykować, tak podeszłam do książek firmowanych jako Świat według Clarksona tego z Top Gear. Niby nic do niego nie mam ale jego twarz na okładce nie zachęcała do kupna którejkolwiek pozycji, powiedzmy sobie szczerze uroda to on nie grzeszy więc chyb mnie rozumiecie, no niby nie ocenia się książki po okładce ale …

Tak mi minęło kilka lat i w końcu się złamałam i pojawiła się w moich raczkach część 5 przecież nie proszę o wiele,  no ja też zazwyczaj nie proszę o wiele ale to co dostałam w tej żółtek okładce to było zbyt wiele. Szczerze tego się nie da usiąść i czytać, to sobie trzeba dawkować i to co jakiś czas bo podejście tego Pana bywa irytujące.  Ostatecznie przeczytałam to do śniadania, rano wiadomo za dużo czasu nie ma wiec czytałam sobie po jednym rozdziale i jakoś dało rade, ale doprawdy żadnej innej części nie kupię, no niestety przykro mi Panie Clarkson ale Pańskie spojrzenie na świat jest tak dalekie od mojego, że szkoda mojego czasu na Pańskie kolejne teksty.

Ten facet nawet jak zaczyna sensownie mówić o jakimś temacie to potem robi z niego miazgę i w efekcie puenta ma się nijak do rzeczywistości normalnego człowieka. Ja wiem że jak się jest bogatym to się zupełnie inaczej patrzy  na świat jak reszta świata, ale czy na każdym kroku trzeba nam przypominać że nie znajdujemy się na tak uprzywilejowanej pozycji jak autor? Poziom zadufania w sobie przekracza wszelkie granice mojej tolerancji więc nie spotkamy się więcej, i wcale nie jest mi przykro.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50