każdy kij ma dwa końce, ale proca ma trzy...
niedziela, 13 maja 2012

Co wyjdzie jak wymieszamy pięć komiksów  Marvela?  Zastanawiacie się, ależ to banalnie proste AVENGERS w dodatku ku uciesze tłumu w wersji 3D.

Tak, już byłam i widziałam, świat komiksowych superbohaterów jest mi bliski  i każdy z nich podoba mi się z innych powodów, a już w jednym miejscu zebrani Iron Man, Kapitan Ameryka (choć tu wieje mocno latami 40-tymi), Hulk, Thor, Hewkeye  i Czarna Wdowa, powodują że z radości zapominam, że akurat jestem chora i biegnę do kina.

 

Skoro zebrało się już tylu bohaterów w jednym miejscu to jeszcze potrzebowali czarnego charakteru przeciw któremu mogli by się zjednoczyć, wybór padł na  brata Thora (adoptowanego gdyby ktoś nie był w temacie i się dziwił że nie są do siebie podobni), a wiec do obsady dołączył i Loki, nie było akurat pod ręką innej kanalii albo akurat zajęte były na innych planach zdjęciowych więc on nadał się doskonale na zachłannego władzy przeciwnika dla bohaterów.

 

Historia jak w komiksach Marvela, po odsączeniu górnolotnych kazań kapitana Ameryki, ale czego się podziewać po blond chłopaku który ostatni raz chodził po świecie 70 lat wcześniej, nadaje się na wolny wieczór gdzie myśleć za dużo nie trzeba. Z góry można założyć ze dobrzy wygrają, ale zanim to nastąpi rozwalą kolejny raz spory kawałek NY, a po serii kłótni zostaną przyjaciółmi.

 

Czyli jak zawsze, ale przecież nie o to chodzi, na ten film przychodzi się nie dla wzniosłych historii, tu czekamy na doskonałe teksty w wykonaniu RDJ w roli Tony'ego Starka, któremu jak zawsze usta się nie zamykają i który zgarnia wszystkie najlepsze teksty w filmie.  Ale Avengers to nie tylko Iron Man, okazuje się że Czarna Wdowa ma jednak jakieś uczucia, a Hulk ma poczucie humoru i potrafi rozwalać tych co trzeba wtedy kiedy trzeba, jedynie kapitan Ameryka nie zaskakuje gładko przejmując dowództwo i dokładając zawsze kilka  tekstów rodem z lat 40-tych, ale to da się przetrzymać Chris Evans ładny jest i na tym się skupmy. Do tego mamy dobrze zrobione efekty specjalne a trójwymiarowe efekty chwilami naprawdę robią wrażenie.

 

Zwróćcie też uwagę na Rosjanina przesłuchującego Scarlet Johansson, nawiasem mówiąc gdyby jej kostium był minimalnie bardziej obcisły nie dało by się go zapiąć, ale ja nie o tym otóż w roli tej zobaczycie Jerzego Skolimowskiego,  rola może niewielka ale jednak miło zobaczyć że czasem bez zabiegania o role można ja dostać.

środa, 02 maja 2012

Francuskim filmom jestem wierna od zawsze, ich klimat i specyficzny humor  pozwala mi wrócić do domu i poczuć się „u siebie”.  Tak było i wczoraj, kiedy to wieczorowa porą wybrałam się na „Nietykalnych”, film o którym wiele już czytałam, słyszałam i który powinien być pozycja obowiązkową dla wszystkich którzy lubią dobre komedie.

Nie jest to klasyczna komedia z gagami w amerykańskim stylu, kino europejskie a w szczególny sposób francuskie jest przecież inne, tu nie ma rubasznych scen z udziałem kaleki, sparaliżowany po wypadku Phillipe przez cały film nawet w trudnych scenach ma klasę i styl jakiego brakuje produkcjach z za oceanu.

Driss  (Omar Sy), chłopak z przedmieść, który nie ma nic do stracenia, wychował się w gorszej części Paryża, ma za sobą odsiadkę i stoi w miejscu w którym jeszcze może wybrać czy zostaje po ciemnej czy jasnej „stronie mocy” , staje naprzeciwko Phillippe’a (Francois Cluzet), bogatego przedstawiciela wyższej klasy, który po wypadku sparaliżowany od szyi w dół uzależniony jest całkowicie od swoich kolejnych opiekunów.

Zderzenie osobowości tych dwóch mężczyzn musi wywołać nieporozumienia, od tego jak na nie zareagują zależy ich wspólna egzystencja, na szczęście twórcy filmu w doskonały sposób budują fabułę, która choć oparta na autentycznej historii niewiele ma z nią wspólnego.

Czy poczujemy w kinie współczucie dla Phillippe’a, na pewno, czy poczujemy sympatie dla wesołego i bezpośredniego Drissa – oczywiście, czy będziemy śmiać się patrząc na zderzenie dwóch osobowości mężczyzn pojmujących te same sprawy w różny sposób ….. tak, będziemy płakać ze śmiechu razem z pozostałymi widzami.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Nadal nie chodzę do kina, ale czytam,  przez weekend „Stażystkę” Mimi Alford, jak słyszę że objawiła się po 50 latach kolejna kochanka JFK, to to trzeba przeczytać.

JFK  w panteonie zmarłych prezydentów USA zajmuje miejsce szczególne, młody, przystojny porywał tłumy,  kochały go kobiety a on z tego korzystał, nikt nie zaprzecza że prezydent był kobieciarzem i kochanek miał wiele.

 

I oto po ponad półwieku od śmierci prezydenta postanowiła nam się ujawnić kolejna, opowiadając nam swoja historie naiwnej pensjonarki, która trafiwszy na staż do Białego Domu już czwartego dnia swojej tam „pracy” została zaproszona na wieczorne spotkanie z prezydentem i tak zaczęła się ich historia.

 

Jeśli wierzyć autorce, romans trwał w najlepsze do śmierci prezydenta, a nasza niewinna panna miała okazję wiele nocy spędzić w prywatnych apartamentach prezydenckich,  i zupełnie nie przejmować się otoczeniem, zaskakuje ją natomiast mało pochlebna opinia o niej kobiet z biura prasowego w którym podobno pracowała, ale jak miały nastolatkę bez żadnego doświadczenia i umiejętności oceniać kobiety,  dla których była to praca a nie wakacyjna przygoda.

 

Zaskakuje mnie naiwność autorki, która opisuje że prezydent dzwonił do niej do akademika na ogólnie dostępny telefon, ona jak sama pisze zawsze zwracała się do niego „panie prezydencie” a mimo to nikt się nigdy nie dowiedział że właśnie sobie flirtowała z prezydentem. No jak, jak pytam się w żeńskim akademiku można sobie tak swobodnie rozmawiać ze wspólnego telefonu i nie zostać nigdy przyłapaną???

Nie ogarniam, to jest niemożliwe bo umówmy się 90% kobiet uwielbia plotki i ploteczki i nagminnie podsłuchuje, a tu nic tajemnica i kropka.

 

Jakby tego było mało kobieta ta przez 40 lat nie powiedziała o tym prawie nikomu, mąż jej zabronił, no brawo dla tej pani, jaka posłuszna żona chciało by się powiedzieć, ale w sumie to co kierowało nią teraz że napisała książkę?

 

Raczej nie to że prasa się dowiedziała o jej „przygodzie z młodości”, bo takie historie staja się sławne ale ich życie jest krótkie i nie zapewnia stałego zainteresowania tłumów, w końcu w stanach jest jakiś żyjący prezydent i pisanie o tym zmarłym przed półwiekiem nawet jeśli był mega przystojny nie jest hitem na co dzień.

 

Wiec co, bo chciała opisać historie dla wnuków, no brawo ale skoro to historia dla wnuków to chyba Pani nie ma ich tyle żeby trzeba było książkę wydawać, choć z drugiej strony jak się już książkę napisze to  łatwiej sprzedać prawo do filmu itd., czyli zapewnić wnukom godny spadek, powód dobry jak każdy inny.

 

Generalnie książka napisana przyjaznym lekkim i łatwym językiem, czyta się to szybko i przyjemnie mi 250 stron zajęło raptem 4 godziny, a myślałam że wystarczy a dłużej, takie miłe czytadło na ciepłe popołudniu w pięknym słońcu, które nareszcie raczyło do nas zajrzeć i zafundować nam piękny długi majowy weekend.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Nie odwiedzam ostatnio kina, jakoś czasu brak, choć pozycji jakie chciałabym zobaczyć wiele, nadrobię jak tylko znajdę nieco czasu, ale kiedy nie oglądam to czytam, bo jakoś trzeba zapełnić czas kiedy normalni ludzie śpią a ja mam z tym problem.



Czytam wiec ostatnio pięknie wydaną przez
Wydawnictwo Znak serię książek Jurgena Thorwalda, na pierwszy ogień poszło „Stulecie chirurgów”, które zabrało mnie w niesamowita podróż do czasów gdy współcześnie nam znane zasady leczenia jeszcze nie istniały a śmierć z powodu ataku wyrostka robaczkowego była na porządku dziennym. W okres w dziejach chirurgii, kiedy przeżycie pacjenta po amputacji ręki było nie lada sukcesem okupionym jego piekielnymi mękami, operowano go bowiem bez znieczulenia, liczyła się wtedy zręczność i szybkość i siła chirurga a nie jak dziś precyzja i, w tamtych czasach trzeba było się śpieszyć bo operowało się całkowicie świadomego bólu pacjenta (ew zamroczonego okowitą), szybkość zatem pozwalała skrócić cierpienie do minimum.



W „Stuleciu chirurgów” poznajemy losy tych niezwykłych ludzi którzy ratując pacjenta często postępowali wbrew ogólnie przyjętym i uznanym zasadom leczenia, występowali przeciwko lekarskim autorytetom wykonując zabiegi dotychczas uznane za niemożliwe. Nie jest to opowieść w stylu serwowanych nam teraz przez niemal każdy kanał TV seriali o codziennym życiu szpitali i ich pracowników żeby wspomnieć „Chirurgów”, „Ostry dyżur” czy choćby rodzime „Na dobre i na złe” (cokolwiek to jes, ale czytałam że o szpitalu), choć w książce nie brakuje wypadów do prywatnego życia bohaterów, to nie sa to ckliwe opowieści o uczuciach zabarwione dawką sexu, służą raczej do ukazania sytuacji w których doszło do kolejnego medycznego odkrycia. Urzekła mnie historia o lekarzu, który z miłości do pielęgniarki wymyślił gumowe rękawiczki by chronić jej dłonie przed egzemą spowodowaną antyseptykami stosowanymi wówczas na salach operacyjnych, inne nie mniej ciekawe historie zostawiam wam do samodzielnego odkrycia.



Książa ma charakter pamiętnika młodego człowieka uczącego się jak być chirurgiem, ma to szczęście, że w poszukiwaniu wiedzy nie ograniczają go zasoby finansowe, dzięki temu mamy okazję przemierzyć wraz z nim Europę i jego rodzinne Stany Zjednoczone wraz z ich głównymi ośrodkami medycznymi. Poznajemy pierwsze udane i mniej udane zastosowanie gazu rozweselającego, eteru a w końcu chloroformu do uśpienia pacjenta na czas operacji. Śledzimy poprzez jego zapiski rozmowy z największymi medycznym autorytetami tamtych czasów. W swoim poszukiwaniu informacji pokazuje nam autor doskonały obraz współczesnego mu środowiska medycznego wraz z jego jasnymi i ciemniejszymi obliczami, widzimy wielkie sukcesy i wewnętrzną walkę o sławę jaka toczą miedzy sobą uznani lekarze, łaknący sławy i bogactwa.



Polecam wszystkim tym, którzy nie szukają spektakularnych sensacji ale zainteresowani są rzeczywistym opisem tego jak tworzyła się współcześnie nam znana chirurgia, a przy tym nudzi ich czytanie sztywnych opisów z pozycji będących podręcznikami medycznymi. To historia podana w przyjazny i ciekawy sposób, dzięki któremu jest to wspaniała lektura.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Kiedy kilka lat temu zobaczyłam „Karmel” Nadine Labaki, wiedziałam że będę czekać na jej kolejny film. I doczekałam sie, “Dokąd teraz” to kolejny obraz w którym kobiety mają głos, i opowiadaja nam o życiu pośrodku religijnego konfliktu w Libanie.

 

Cały świat tych kobiet to mała zapomniana przez wszystkich wioska, zamieszkana przez chrześcijan i muzułmanów, ze resztą świata łączy ją zrujnowany most prze który przejedzie tylko jeden mały skuter z wanna zamiast przyczepy, którym dwójka nastolatków zaopatruje wioskę w niezbędne produkty, ale nawet tu dwie religie ciągle ze sobą walczą o czym świadczy cmentarz pełen grobów poległych w walce.

 

Kobiety mają już dość ciągłego płaczu i kolejnych pogrzebów, one same potrafią żyć w zgodzie mimo różnic religijnych,  każda z nich kogoś straciła  i to łączy je we wspólnym dążeniu do zachowania w wiosce pokoju. W swej pomysłowości wykorzystują każdą  możliwość byle tylko powstrzymać swoich mężów, synów i braci przed wojną, do realizacji swoich planów włączają nawet duchownych z obu religii. Patrzymy więc na cudowne objawienie, ukraińskie prostytutki by na końcu wykorzystały do swych planów nawet haszysz.

 

Te kobiety są tak zdeterminowane by nie dopuścić do kolejnych pogrzebów ich bliskich, że w ostatecznej rozgrywce ich mężczyźni budzą się w nowej rzeczywistości gdzie pobożne do tej pory muzułmanki nagle zmieniają się w chrześcijanki i na odwrót w domach gorliwych chrześcijan mężowie budzą się by zobaczyć swe żony odmawiające muzułmańskie modlitwy.

 

To film w którym męska logika umyka kobiecemu zrozumieniu, mężczyźni w filmie są symbolem wszelkiej destrukcji, dążenia do zagłady, kobiety zaś jednoczą się  dla dobra całej wspólnoty.  Wspólnoty gdzie muzułmanin kocha chrześcijankę, i cała wioska o tym wie, nikt się nie gorszy ale też nikt nie wie jak mogli by być razem skoro są z innych światów, „Dokąd teraz” niema już siły oddziaływania „Karmelu’ jednak to film, który warto zobaczyć bo na pewno da nam wiele powodów do przemyśleń o sens naszych codziennych decyzji.

sobota, 14 kwietnia 2012
poniedziałek, 26 marca 2012

Z okazji wczorajszego 7 Półmaratonu Warszawskiego otwarto Stadion, prezentował się w blasku słońca całkiem ładnie....

 

Jeśli nigdy nie uprawialiście sexu dla samego sexu, i należycie do osób które aby dobrze sie bawić w łóżku potrzebują poza sexem jeszcze uczucia, nie idźcie na ten film do kina. „Wstyd“ odbierze wam wszystkie złudzenia co do potrzeby uczuć w sexie, zobaczycie że uczucia tylko komplikują sprawę.

 

Główny bohater uprawia sex ze wszystkim co sie rusza, nieważne czy to damski czy męski duet, on potrzebuje, łaknie sexu jak spragniony wody, ale w przeciwieństwie do spragnionego, sex nie gasi jego pragnienia, ciągle  szuka więcej i więcej. Problem z tym że on cały czas jest spięty, nie rozluźnia sie nawet na moment. Choć pozostaje pod urokiem koleżanki z pracy, ich randka jest  czymś czego nie umiem nazwać ale na pewno nie chciałabym przeżyć, a mimo to kobieta jest gotowa na kolejną, problem polega na tym że on potrafi uprawiać sex ze wszystkimi ale nie z nią, bo ona to emocje, które on doskonale stłumił i których sie najwidoczniej boi.

 

Na dodatek mamy siostrę Brandona, doskonały przykład jak bardzo kochająca kobieta może się poniżyć byle zyskać nieco uwagi, uwagi mężczyzny, raz jest to brat, który nawet nie odbiera od niej telefonów ( swoją drogą, jej telefony są wkurzające sam bym ich nie odbierała), innym razem mężczyzna  z którym wnioskujemy że była, ale to już historia, a na deser mamy szefa Brandona, który zabawiał się z nią i wrócił do swojego uporządkowanego rodzinnego życia, a na koniec niby wisienka na torcie podcina sobie żyły.

 

Za najgorszą scenę w filmie nie uznam tej gdzie nasza blondynka leży w kałuży krwi, bo to przewidywalne, i nie scenę w której bohater wędruje przez miasto szukając kolejnej dawki sexu, najgorsza jest scena kiedy on płacze słuchając śpiewu własnej siostry, , to jedyny moment kiedy widać jakieś uczucia, w każdym innym filmie była by to piękna scena w tym  jest jak z innego świata.

sobota, 17 marca 2012

Jakoś tak sie utarło w naszym pięknym kraju, że najwięcej do powiedzenia w każdej sprawie maja nie ci których temat dotyczy ale zazwyczaj Ci których to wogóle nie powinno interesować z racji wieku, płci czy braku wiedzy do wygłaszania opinii.

 I tak o aborcji najwięcej do powiedzenia mają księża i politycy w wieku mocno emerytalnym, czyli ci którzy nawet w wieku reprodukcyjnym większych szans za zajście w ciążę nie mieli, chyba że urojoną, ale to właśnie oni ubzdurali sobie że moga decydowac kiedy i czy wogóle kobieta może dokonac aborcji.

 

Generalnie każdy uważa, że ma coś do powiedzenia w tej sprawie, poza kobietami które zachodza w niechciane ciąże choćby w wyniku gwałtu.

Ale u nas tak zawsze, każdy zna sie na wszystkim najlepiej, cała populacja polaków jest najlepszymi pod słońcem lekarzami, prawnikami i znawcami ekonomi, chcemy płacić jak najmniejsze podatki, a jednocześnie dostawać zapomogi od państwa, nie zastanawiajac sie skąd ma sie wziąść na to kasa, skoro nie wpłacimy jej tam  z podatków, wystarczy zakasłać żeby każdy sprzedał nam „jedyna i najlepsza metodę leczenia“ itd w każdej sprawie.

Ostatnio „sumieniem“ narodu postanowiła być pani Danuta Wałęsa, żeby nie było szanuje Panią Danute za to co przez lata bycia żona Wałęsy przeżyła i jak sobie dawała radę, ale uważam że jej nagła „aktywność‘ jest mocno przesadzona.

 

Najpierw książka, z której wyczytać możemy jakie ciężkie życie miała Pani Danuta i ile w ty winy jej męża. Nie zamierzałam czytać tej książki, aż do momentu kiedy dyskusja wokół niej doprowadziła do tego, że Wałęsa publicznie deklarował że swoją żone kocha i dotrzyma obietnicy do grobowej deski, rozwodu nie bedzie. Uf polska odetchneła, bo po przeczytaiu książki to ja na jego miejscu bym sie mocno zastanwiła czy znam osobę, która ja napisała, i czy nadal chce z nią być. To kilkaset stron pokazujacych kobietę która nie może liczyć na pomoc męża, kobietę w jedny zdaniu oskarżającą go, a w nastepnym piszącą, że niczego nie żałuje i dobrze wybrała. Pełen chaos w myśleniu, pisaniu, jeśli mam być szczera to po skończeniu byłam rozczarowana.

 

Ale pani Danuta nie spoczeła na laurach, nagle postanowiła zostać osobą publiczną, czego przez lata konsekwentnie unikała, i ogłasza swoje zdanie na każdy temat w każdym możliwym miejscu. A że jej poglądy są, delikatnie mówiąc kontrowersyjne, to każdy dziennikarz chce o nich napisać bo to podniesie sprzedaż, kontorwersja zawsze sie sprzeda.

A pani Danuta wie wszystko lepiej, wie jak powinien wyglądać system emerytalny w polsce,  jak powinno wyglądać życie kobiet i co zrobić żeby było lepiej. Statystyczna polka w pełnym rozkwicie sprzedająca swą wszechwiedzę każdemu kto chce słuchać.

 

A że ja słuchaczem jestem niezłym ale żebym w coś uwierzyła trzeba mi zaprezentować mocne argumenty, to gadanina naszej drogiej byłej pani prezydentowej do mnie nie trafia i w sumie szkoda mi tych 40 zł wydanych w osiedlowych delikatesach na jej książkę.

 

środa, 14 marca 2012

Pasmo kiepskich filmów wzbogaciło się o kolejna pozycję, jest nią „Ścigana” Stevena Soderbergha, sama nigdy bym tego nie wybrała, ale skoro już trafiłam na sale kinowa patrzyłam, bo przecież nie zasnę, aż takich zdolności do spania w hałasie nie posiadam.

No więc patrzę na film który jest  jakby nie dokończonym dziełem scenarzysty, który doskonale opisał sceny walki, nie najwyższych lotów zresztą, ale zapomniała o reszcie historii, przez co ogląda się to jak urywki z dłuższego opowiadania.

Bo i cóż my tu mamy za historię, Mallory Kane (grana przez Ginę Carano- czyli dwudziestodziewięcioletnią zawodniczkę  mieszanych sztuk walki) jest, tajną agentką ( co za niespodzianka), przyjmującą jedynie zlecenia najwyższej wagi, tajne i trudne, o których przywódcy państw nie powinni wiedzieć. Po udanej (w pewnym sensie) misji uwolnienia zakładników z Barcelony, Mallory dostaje kolejne zadanie w Europie, w jej trakcie  dowiaduje się, że została przechytrzona (trudno nie zauważyć że ktoś Cie przechytrzył kiedy partner Cie atakuje i usiłuje zabić), musi użyć swoich umiejętności i możliwości ucieczki, by nie zostać schwytaną w międzynarodowym polowaniu. Wraca do Stanów Zjednoczonych by ochronić swoją rodzinę ( w sensie że tatusia bo o mamusi nikt  się nawet nie zająkną, więc pewnie scenarzyści  nie przewidzieli drugiej roli kobiecej w filmie) i zemścić się na tych, którzy ją zdradzili...

No cudnie, głębokie to jak kałuża po wiosennym deszczu, ale zawsze to miło popatrzeć jak dziewczyna spuszcza łomot całej litanii męskich przeciwników. Nie sa to może widowiskowo piękne walki, bo ona po prostu rzuca nimi o ściany, i w kółko poddusza, ale trzeba przyznać jest skuteczna a pewnie koniec końców o efekt chodzi a nie o piękno walki.

A na dokładkę w rolach co większych ważniaków mamy jakby wisienki na torcie w postaci Michaela Douglasa, Ewana McGregora czy zarośniętego brodatego Antonio Banderasa, ten ostatni zwłaszcza utkwił mi w pamięci bo nie przepadam za typem urody który on prezentuje ale z broda do pasa jest naprawdę brzydszy niż zwykle.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15